Otoño Sevillano – wrzesień

Wkrótce minie drugi miesiąc mojego pobytu w Sewilli, a ja ledwo co zabieram się za tworzenie pierwszego postu opisującego tę przygodę. No cóż, od czegoś trzeba zacząć…

W Hiszpanii jestem nie pierwszy raz – wcześniej zdarzało mi się tu przyjeżdżać kilkukrotnie, czy to na wakacje, czy to na wakacyjne kursy językowe. I tak w sierpniu 2014 roku byłem w Walencji, zaś rok później zawitałem w Cartagenie, w obydwu przypadkach znacząco poprawiając swój poziom języka hiszpańskiego, w obydwu przypadkach poznając mnóstwo ludzi i w obydwu przypadkach myśląc o możliwym powrocie na dłużej.

Okazja trafiła się dość szybko, i to od razu “a lo grande”, czyli “z przytupem”: roczny Erasmus w Sewilli to marzenie niejednej osoby totalnie z Hiszpanią niezwiązanej, a co dopiero studenta filologii.

A więc jestem – po szybkim locie z Warszawy do Malagi i przejeździe autobusem do Sewilli dotarłem na miejsce. Już w drodze czekała mnie miła niespodzianka – obok mnie usiadła pani około 60-65 lat, która spytała skąd jestem, co tu robię, w jakim celu jadę… Uprzejmie odpowiedziałem, a ona, zachwycona moim poziomem języka, nie omieszkała kontynuować rozmowy przez kolejne trzy godziny drogi. W międzyczasie zdążyła pochwalić mi się, że mieszka na przedmieściach Sevilli, jej mąż jest taksówkarzem, sama tańczy flamenco w rodzinnym zespole (i zaprasza mnie na spektakl), posiada kilka córek, które wyszły m.in. za Włocha czy Francuza, więc jej wnuki to dość międzynarodowe towarzystwo. Zdążyła mnie połączyć ze swoim 40-letnim synem, który jest pasjonatem historii II wojny światowej i opowiedział mi więcej o Powstaniu Warszawskim, niż zdołałem usłyszeć na jakiejkolwiek lekcji historii. Po przyjeździe na miejsce byłem nieco zmartwiony, bo niezbyt uśmiechała mi się perspektywa jazdy komunikacją miejską z ciężkimi walizkami. Na szczęście po Paqui (bo tak miała na imię owa pani) na dworzec wyjechał jej mąż i została mi zaoferowana tzw. podwózka. Tak więc jeszcze tego samego dnia byłem w swoim mieszkaniu, które znalazł dla mnie mój współlokator, nieoceniony Krzysiek, również z Polski (student PRAWA, podkreślam, PRAWA na UW).

Moi współlokatorzy to ciekawa bajka. Z Krzyśkiem dogadujemy się jakbyśmy znali się nie trzy tygodnie, a co najmniej trzy lata, natomiast pozostałe dziewczyny z Meksyku i z Niemiec… No cóż, delikatnie mówiąc, nie za bardzo przykładają się do tego, by budować erasmusowo-pozytywną atmosferę w mieszkaniu. Nawet mimo naszych usilnych starań, by jak najczęściej wychodzić gdzieś razem, by od czasu do czasu ugotować coś dla wszystkich, a nie tylko dla siebie, nasze współlokatorki zamykają się w swoich pokojach i tyle je widać… Cóż, nie każdy jest stworzony do życia w mieszkaniu dzielonym z innymi studentami. Zobaczymy jak rozwinie się temat.

Kwestie papierkowo-organizacyjne załatwiłem zaskakująco szybko. W pierwszy dzień roboczy po przyjeździe poszedłem do Centro Internacional i oddałem wszystkie potrzebne papiery, tym samym rejestrując się bezproblemowo na zajęcia. Wyszedł mi całkiem ciekawy plan, dość luźny, bo mam zaledwie cztery przedmioty, z tym że każdy liczy po trzy zajęcia/tydzień, więc coś jednak trzeba będzie robić. Jednym z niewielu minusów są zajęcia o 8:30 w piątek (no party on thursday ;_;), ale resztę idzie przeżyć. Oczywiście poza rejestracją na zajęcia musiałem zatroszczyć się jeszcze o takie rzeczy jak karta miejska, abonament Sevici (system rowerów miejskich, bliźniaczo podobny do warszawskiego Veturilo), umowa o wynajem mieszkania etc, jednak i to nie sprawiło mi większych problemów.

Można więc zacząć balowanie! A dzieje się tu naprawdę sporo. Od czasu mojego przyjazdu zdążyłem już wyrobić 300% mojej rocznej normy chodzenia do klubów. Owszem, w Warszawie zdarzy się że skoczymy z kolegami do baru, ewentualnie ktoś zaprosi nas na domówkę. Ale tutaj domówka? Hiszpanie żyją przede wszystkim poza domem. Jeśli bar w środku tygodnia zamyka się o pierwszej to rodzina z dziećmi będzie tam siedzieć, pić, jeść i rozmawiać co najmniej do północy. Nawet starsze panie z mojego bloku wolą wystawić sobie leżaki na chodnik i wspólnie komentować rzeczywistość niż siedzieć w domu i oglądać głupoty w TV. Inna kultura, inne obyczaje. Czy gorsze, czy lepsze – pozostawiam to indywidualnej ocenie każdego z was. Wracając jednak do tematu klubów, niestety muzyka w nich pozostawia wiele do życzenia. Najnowsze hity, reggaeton, wszystko w rytmie łup łup łup. Zaczynam tęsknić za rodzimym disco polo…Przed klubem obowiązkowym punktem jest oczywiście botellón, czyli popularne u nas picie w plenerze przyniesionego ze sobą alkoholu, by nie musieć płacić po 10 euro za drinka w klubie. Miejscem tego typu spotkań Erasmusów jest słynna Torre del Oro, czyli Złota Wieża. Można tam poznać mnóstwo osób, pośmiać się, pożartować w ciekawym towarzystwie. Dominują Włosi i Meksykanie, acz nie brakuje też Francuzów, Belgów czy… Polaków.

Na szczęście botellony to nie jedyna okazja do nawiązania nowych znajomości. Multum wydarzeń organizuje również miejscowa ESN, czyli Erasmus Student Network. W pojęciu “wydarzenie” mieszczą się tu zarówno autokarowe wypady na plażę, wycieczki, zwiedzanie miasta, pikniki i cała masa innych “pierdół”, które jednak z punktu widzenia osoby nieobeznanej i nieznającej praktycznie nikogo w nowym mieście mogą okazać się bardzo przydatne.

Publikuję ten post tak mniej więcej z miesięcznym opóźnieniem, acz na początek nie jest źle. Wrzesień był totalnie chaotycznym miesiącem, poznałem multum nowych znajomych, choć chwilami nie docierało jeszcze do mnie, że oto jestem w “tej wymarzonej Hiszpanii” i spędzę tu aż rok. Październikowy post (już wkrótce) będzie o wiele bardziej uporządkowany. Zobaczycie. Tymczasem zostawiam kilka zdjęć z pierwszych dwóch-trzech tygodni pobytu w Sewilli.

 

Liga Mistrzów i cebulactwo – czy to może się udać?

UEFA Champions League and UEFA Europa League - Q1 and Q2 Qualifying Round Draw

A więc stało się. Nieco ponad dwa lata od mojego ostatniego wpisu na tym blogu Legia dostała się do wymarzonej Ligi Mistrzów. Styl, w jakim tego dokonała, wolałbym przemilczeć. Wszak w europejskiej piłce był to rok pełen paradoksów: bo jeśli Legia nie “zasłużyła” na awans do piłkarskiej elity, to czy Portugalia “zasłużyła” na wygranie EURO 2016? Czy Real Madryt w pełni “zasłużenie” pokonał Atletico w majowym finale LM?

Możliwe, ba, bardzo prawdopodobne że nie. Na tym jednak polega piękno piłki nożnej, czy nawet całego sportu, że za zasługi medali się nie przyznaje. W przeciwnym wypadku Barcelona zawsze wygrywałaby mecze swoim posiadaniem piłki, a Legia co roku zdobywała mistrzostwo Polski ze względu na swą miażdżącą przewagę finansową nad resztą drużyn Ekstraklasy oraz fakt bycia najbardziej utytułowanym polskim klubem.

Tym bardziej więc śmieszą mnie opinie internetowych “ekspertów”, twierdzących że ta Legia to w ogóle do niczego się nie nadaje, że z czym do ludzi, że pasuje ona do tej Ligi Mistrzów jak pięść do nosa. Może to i prawda z tym ostatnim, w końcu nie do końca normalnie wygląda sytuacja, gdy w Lidze Europy wkrótce zagrają Zlatan Ibrahimović i Paul Pogba, a w elitarnej Champions League takie tuzy jak Jakub Rzeźniczak czy Michał Kucharczyk. Ale takie są zasady awansu do tych rozgrywek i z wszelkimi reklamacjami oburzeni kibice powinni zgłaszać się do budynku przy Route de Genève w Nyonie. Tam mieści się siedziba UEFY, która swoim “wyrównywaniem szans” i “uatrakcyjnianiem rozgrywek” doprowadziła do stanu, w którym wychodząca z trzeciego miejsca w grupie Portugalia zostaje Mistrzem Europy, a do Ligi Mistrzów wchodzi FK Rostov i Legia Warszawa zamiast AS Romy czy Villarrealu. Jeśli jednak ktokolwiek ma tu prawo narzekać, to raczej kibice tych ostatnich. My dziękujmy losowi, bo taka sytuacja może się już nie powtórzyć.

Oczywiście niektórzy “kibice” w Polsce nie są w stanie przeboleć tej sytuacji. Jak to, ta słaba Legia będzie grać w Lidze Mistrzów, a moje Podbeskidzie/Lech/Korona/Piast nie?! Toż to zakrawa na skandal! W swoim oszołomieniu i nienawiści do Legii większość zapomina jednak, że w tym sezonie w europucharach grały również inne polskie kluby, Cracovia, Piast i Zagłębie Lubin. Wszystkie prędzej czy później odpadły z dość przeciętnymi rywalami. O tym jednak nikt nie raczy wspomnieć, lepiej skupić się na “jeździe” po Legii, jaka to ona słaba, jak bardzo się skompromituje w fazie grupowej… Cóż, jako fan Wojskowych twierdzę, że w dylemacie “być albo nie być” wolę wybrać pierwszą opcję, nawet jeśli to “być” ma oznaczać totalną kompromitację w meczach z wielkimi rywalami.

Ostatnia kwestia to oczywiście rodzima “januszerka”, która mimo całej swej niechęci do Legii, codziennego pisania na portalach społecznościowych że “Legia to stara k…” i tym podobnych poematów nie omieszka pojawić się przy Łazienkowskiej ze względu na to, że do Warszawy przyjedzie wielki Bayern/Real/Barcelona, których oczywiście są wielkimi i oddanymi od dziecka kibicami. W dyskusji ze znajomymi ktoś wyciągnął argument wolnego rynku i tym, że kto chce, taki bilet sobie kupi. Mam szczerą nadzieję, że tak się nie stanie i pierwszeństwo przy zakupie biletów dostaną osoby, które na stadionie im. Wojska Polskiego już w tym roku niejednokrotnie zawitały. Dlaczego? Ponieważ nie chcę, by magia Ł3 zniknęła bezpowrotnie, by stadion ten zamienił się w kolejny przyczółek dla “piknikowców” rodem z Santiago Bernabeu czy Camp Nou. Już obecnie coraz bardziej uciążliwe staje się oglądanie “kibiców”, którzy na Legię przychodzą tylko po to, by nagrać oprawę na Snapchata lub wrzucić sobie selfie ze stadionu na Instagrama. Nie zabraniam nikomu tego robić, ale… błagam, zachowajmy umiar i zdrowy rozsądek. Inaczej za kilka lat na trybunach przy Łazienkowskiej łatwiej będzie spotkać turystę z Japonii z selfie-stickiem niż rodowitego warszawiaka, który pamięta stary stadion, zapach kiełbasek z grilla i zasikane klatki schodowe na dawnej trybunie krytej. I z całym szacunkiem dla Japończyka – bliżej mi jednak do tego drugiego.

Tak na zakończenie, żeby nie było, że to wszystko sobie wymyśliłem – obraz miłości rodaków do Legii w najlepszym wydaniu:

asds

Jesteś już skończony, czyli o polskiej piłce i polskim dziennikarstwie

legia-st-patricks_19721668Niestety, Legia Warszawa nie zagra w Lidze Mistrzów w nadchodzącym sezonie. Niezależnie od wyników eliminacji, mistrzowie Polski nie mają szans na promocję do tych elitarnych rozgrywek. Wszystko przez to, że odpadli w meczu drugiej rundy z amatorami z Irlandii. A nie, chwila…

Do tego, że najlepszy klub w Polsce dobrej prasy mieć nie może zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Z reguły przed sezonem, w którym zdobywcy Mistrzostwa Polski rozpoczynali kolejną nieudaną walkę o awans do rozgrywek Champions League, polska prasa nie rozpieszczała w osądach. “Klub się nie wzmocnił”, “trener jest słaby”, “trafimy na zbyt silnego przeciwnika” – to tylko niektóre z oklepanych cytatów, które gościły na rozkładówkach wielu gazet bądź serwisów internetowych. Jednak w tym roku odnoszę wrażenie, że osiągnięto apogeum. Ledwo zdążyły rozpocząć się rozgrywki ligowe oraz pucharowe, a Legii… już w nich nie było. Wszystko przez opinie pismaków z różnorakich serwisów, szczególnie Weszło, które ze swoich “eurowpierdolów” zdążyło stworzyć określenie wręcz na stałe wpisane w słownik polskiego kibica piłki nożnej. Po pierwszych dwóch oficjalnych (do takich nie zaliczam Superpucharu PZPN z Zawiszą Bydgoszcz) meczach Legii w tym sezonie orazsłabych wynikach innych polskich klubów w europejskich pucharach (odpowiednio: remis 1:1 z St. Patrick’s FC oraz porażka z GKS Bełchatów 0:1),  większość dziennikarzy zdążyła wydać wyrok: polska piłka jest w stanie agonii, czas rozwalić to bagno, jesteśmy najsłabszym piłkarsko krajem na świecie. Który to już raz słychać podobne hasła? Ostatni raz pojawiały się bodaj przy porażce piłkarskiej reprezentacji z kolejnym “ogórkowym” przeciwnikiem. Czyli nie tak dawno…

Tymczasem minął tydzień. Legia uporała się z amatorami z Irlandii, gromiąc ich 5:0 na wyjeździe, Ruch Chorzów i Lech Poznań również uniknęły blamażu, odrabiając straty i awansując do dalszych gier eliminacji Ligi Europy. Tylko bydgoski Zawisza poniósł klęskę, jednak była ona usprawiedliwiona – spośród wszystkich drużyn trafił on na najsilniejszego z piłkarskiego punktu widzenia przeciwnika. Tak więc te same media, które tydzień temu “jechały” równo z piłkarzami polskich drużyn, tym razem zapowiedziały odwet i atak polskiej husarii na Europę. Nawet rywal, na którego trafiła Legia w kolejnej rundzie, Celtic Glasgow, został tu przedstawiony jako “upadająca potęga”, zaś generalne przesłanie większości opinii na jego temat to “nie ma się czego obawiać”.

cztery-kluby-ekstraklasy-skompromitowane.-liga-gwno-warta...-1316620792_fakt.zenada-499x416

I nie chodzi tu wcale o ukazanie rzeczywistej słabości polskiej piłki czy pisanie, że nie mamy szans/mamy szanse w starciu ze szkocką drużyną. Bo o tym, że piłka nożna to sport do bólu nieprzewidywalny i nielogiczny zdążyliśmy przekonać się miliony razy. Szkopuł w tym, że niektórzy (a może nawet większość) dziennikarze nawet nie próbują tego dostrzec. Piszą o “wklepywaniu” ogórkom z Irlandii ośmiu bramek i są wielce zaskoczeni, gdy tenże ogórek zalicza zwycięski remis przy ogromnej dozie szczęścia. Wkurzeni zasiadają więc do swoich MacBooków czy innych kompjuterów i smarują teksty o słabości naszych klubów etc. Schemat się zamyka. Po tygodniu, kiedy okazuje się, że z naszą piłką nie jest jeszcze tak źle, zaczyna się operacja pt. podnoszenie na duchu. Łatwość ferowania wyroków jest przerażająca. Oczywiście, z pluralizmem opinii nie miałbym żadnego problemu, gdyby nie fakt, że większość dziennikarzy publikuje je na zasadzie chorągiewki na wietrze – gdy sytuacja jest zła, krytykujemy na całego, piszemy jak najgorzej. Gdy jest lepiej – budujemy ducha w narodzie, mówimy, że nie taki rywal straszny, jak go malują. I nie obchodzą mnie zasady swobody wydawania opinii, opierania się na faktach etc. Najzwyczajniej w świecie irytujące staje się, że w szerokim rozumieniu “poczytny” dziennikarz może szastać opiniami, pomijając przy tym reguły jakiegokolwiek zdrowego rozsądku i rzetelność dziennikarską. Bo rzetelnością może być napisanie, że Legia zremisowała 1:1 u siebie ze słabym przeciwnikiem i może mieć kłopot z wywalczeniem awansu. Jednak objeżdżanie Legii jak leci i wieszczenie upadku polskiego futbolu już nią nie jest. To po prostu gra na ludzkich emocjach. A że w zdecydowanej większości kraju Legii się raczej nienawidzi, nietrudno jest wywołać tym falę krytyki i negatywnych opinii.

Abstrahując od wszystkich wspomnianych opinii, warto również przytoczyć pewną historyjkę, która obrazuje poziom dziennikarstwa sportowego w Polsce: kilka kont na Twitterze przytoczyło informacje, jakoby Leo Messi miał wykonać mniej podań na całym mundialu od Manuela Neuera. News szybko obiegł świat, internauci szybko zaczęli nakręcać spiralę “szydery” przeciw Argentyńczykowi, tymczasem wystarczyło zajrzeć na oficjalną stronę FIFA ze statystykami MŚ, by przekonać się, że była to wierutna bzdura. Kilka tygodni później, po transferze rewelacji mundialu, Jamesa Rodrigueza do Realu Madryt, Twittera obiegła plotka, według której po zaledwie trzech dniach transfer Kolumbijczyka całkowicie się spłacił, a to z racji niewyobrażalnej liczby sprzedanych koszulek z nazwiskiem zawodnika w tym czasie. Nikt nie miał nawet czasu sprawdzić tej plotki i przekonać się, że to fizycznie niemożliwe, gdyż zysk ze sprzedaży koszulek idzie do wielu podmiotów, również sponsorów. Do samego klubu trafia może 10%, ale co tam – oczywiście i ta informacja została “łyknięta” przez media i podawana przez wiele portali, nazywających się “profesjonalnymi”. Oczywiście tylko w cudzysłowie.

Niezależnie od negatywnych i pozytywnych proroctw, wybieram się dziś na Łazienkowską 3 w celu wspierania Legii w walce o upragnioną od osiemnastu lat Ligę Mistrzów. Nie liczy się dla mnie, czy to Celtic jest faworytem, czy jest słabszy niż kiedyś, czy ma jakieś gwiazdy, czy zagra w nim nowy napastnik… Ponieważ mimo, iż staram się być bezstronny jako dziennikarz, zachowuję w sobie również nutkę kibicowską, pewien element fanatyzmu. Być może dlatego upatruję pewnych szans dla Legii w starciu z “The Bhoys”. Mam wrażenie, że niektórzy nie próbują tego zrobić. Nawet, gdyby bardzo chcieli.

Niedoceniani gladiatorzy, czyli rzecz o braku szacunku

hi-res-408ae0c6c1ad5e57d837ac264c7ab0c5_crop_north

Na Leo Messiego, największą gwiazdę reprezentacji Argentyny i prawdopodobnie najlepszego w tej chwili wykonawcę zawodu “piłkarz” na ziemskim globie, po Mistrzostwach Świata w Brazylii spadły wiadra pomyj. Po części jest to wina tego, że został on najlepszym zawodnikiem turnieju według FIFA, po części jest on krytykowany za wyprowadzenie niemal w pojedynkę swojej drużyny z fazy grupowej turnieju… Jeżeli w tym momencie, drogi czytelniku, zapaliła ci się lampka ostrzegawcza z napisem “ironia” to wszystko z tobą w porządku.

Lionel Andres Messi, bo tak brzmi jego pełne imię, jest w bardzo trudnym momencie swojej kariery. Skończywszy niedawno 27 lat, zdołał on do tej pory wygrać niemal wszystko, co było do wygrania. Na słówko “niemal” pada tu znaczący akcent, gdyż odkąd w 2006 roku zadebiutował on na mundialu w Niemczech, cały świat domaga się od La Pulgi poprowadzenia Argentyny na szczyt szczytów, po tytuł Mistrza Świata. Sam Leo, poddany wspomnianej presji, nikomu na świecie nie byłby zapewne w stanie wytłumaczyć, że w Barcelonie otaczają go zawodnicy światowej klasy, Xavi, Iniesta, Pique… Wymieniać można długo. Tymczasem, popatrzmy na nazwiska w Argentynie: Biglia, Gago, Romero, Fernandez… Zawodnicy dobrzy, ale nie najlepsi z najlepszych. Niby z przodu Leo może liczyć na pomoc Higuaina, Aguero, Di Marii, jednak ta współpraca z przodu, patrząc nawet z perspektywy minionego mundialu, nie układa się w tak znakomity sposób. Wiadomo zatem, do czego zmierzam… Co jest problemem Messiego i dlaczego aż tak bardzo nie zasłużył on sobie na nagrodę dla najlepszego zawodnika mistrzostw?

Pierwszym powodem, który bez wątpienia wskazać mógłby największy laik, jest zwyczajne wypalenie. Patrząc na profil zawodnika na Wikipedii, znajdziemy tam listę trofeów drużynowych i indywidualnych, od patrzenia na które może nawet rozboleć głowa. To niewyobrażalne, aby ktoś tak młody osiągnął tak wiele! La Pulga miał jednak to szczęście, że stanowił ważną część jednej z najlepszych, o ile nie najlepszej drużyny w dziejach futbolu. Najbardziej jednak odpowiedzialnym za kiepską obecnie formę Argentyńczyka jest… Pep Guardiola. Tak, to nie żart. Genialny trener wręcz ‘zajechał’ Messiego, sprowadzając na niego olbrzymią odpowiedzialność poprzez umieszczenie go w centralnym miejscu na placu gry, przez co Leo miał niewyobrażalnie większy wpływ na grę drużyny. Jest jeden szkopuł – sam Messi się na to zgodził, odpowiadało mu to. Do tego stopnia, że wywierał presję na każdym kolejnym szkoleniowcu Blaugrany, aby ten wystawiał go w pierwszym składzie. Co tam, że to mecz o pietruszkę, zwykła ligowa “młócka” – ja muszę grać. I zdobywać bramki. Po kilku latach gry na najwyższej intensywności oraz wspomnianym już czynniku “spełnionego sportowca”, Leo ewidentnie stracił przysłowiową parę. Dość wspomnieć, że w pamiętnym ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Atletico Madryt przebiegł około 1,5 kilometra więcej od… bramkarza swojej drużyny, o czym nie omieszkały wspomnieć żądne krwi światowe media…

Właśnie, media. Wszystkie, czy to w Hiszpanii, czy to w Wielkiej Brytanii, czy wreszcie w rodzimej Argentynie nie mogą powstrzymać się od publikowania artykułów, które rozpętują coraz większy szum wokół La Pulgi. Messi nie płaci podatków, Messi wymiotuje, Messi jest nieszczęśliwy, Messi chce podwyżkę, Messi odchodzi do PSG za 250 milionów… Machina prasowa jeszcze nigdy nie miała takiego wpływu na karierę zawodnika. Oczywiście, ci najwięksi zawsze nie mogą narzekać na brak presji ze strony mediów, natomiast stopień rozbudowania tej presji jest dziś wyższy niż kiedykolwiek. Pamiętam doskonale 2006 rok i słynne uderzenie “z dyńki” Zinedine’a Zidane’a w Marco Materazziego, co w niechlubny sposób zakończyło piłkarską karierę tego pierwszego. Zidane odchodził w cieniu czerwonej kartki, jako wicemistrz świata, jednak nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy szum w prasie trwał dostatecznie długo, by koniec końców cały piłkarski światek przestał szanować tego jakże zasłużonego dla reprezentacji Francji i Realu Madryt zawodnika. Co więcej, po dziś dzień w każdym miejscu na świecie (również w Internecie) traktowany jest z ogromnym szacunkiem. To samo ma miejsce w przypadku Ronaldinho, brazylijskiego geniusza, który pomimo znakomitych umiejętności, wspaniałej techniki i wiecznego uśmiechu na ustach nie zrobił takiej kariery, jakiej można by od niego oczekiwać. Owszem, dużą część talentu wykorzystał w znakomity sposób, zdobywając trofea z Brazylią i z Barcą, jednak ogromną część tegoż talentu zwyczajnie ‘przebalował’ w dyskotekach. Być może dlatego dziś Ronaldinho gra w rodzimej Brazylii, zamiast wciąż czarować kibiców w silnej, europejskiej lidze swoją grą. Mimo wszystko, nawet kibice Realu darzą go niesamowitym szacunkiem.

cristiano-ronaldo-_2362715b

Messi ma jednak tego pecha, że żyje w cieniu pewnej machiny o niewyobrażalnej sile… tak, Internetu. Mediów społecznościowych. Facebooka, Twittera, Instagrama, gdzie ktokolwiek na świecie może wbić pojedynczą szpileczkę dosłownie każdemu. O internetowych hejterach, trollach, napinaczach napisano już tony wywodów i moja opinia niewiele tu zmieni. Sam fakt ich istnienia należy zaakceptować, tak jak należy zaakceptować fakt, że są ludzie, którzy głosują na Ruch Palikota. Warto jednak zbadać ich zachowanie. Informacja: Messi pobił kolejny rekord. Odpowiedź? Messi i tak słabszy od Cristiano, a tak w ogóle to nie płaci podatków i symuluje, bo gra w Barcelonie. Proste jak drut, żelazna logika. I nie chodzi tutaj o to, że Messi to przypadkiem przeczyta i się załamie, wpadnie w depresję, jego życie straci sens. Nie. Pisanie w taki sposób o zawodniku, który na naszych oczach tworzy historię jest coraz częstszym znakiem ogólnego braku szacunku, który panuje w wielu społeczeństwach.

Bardzo często porównuje się Messiego z Cristiano Ronaldo, ponieważ obydwaj są wspaniałymi piłkarzami, gladiatorami, zawodnikami bramkostrzelnymi do niewidzianego jak dotąd stopnia. Z osobistego punktu widzenia za lepszego zawodnika uważam jednak Messiego, inni mogą w ten sposób myśleć o Ronaldo, i choć nie jestem w stanie do końca pojąć ich punktu widzenia, szanuję te opinie. Owszem, w przypływie emocji zdarza mi się nazwać CR7 ‘pajacem’, ‘lalusiem’, ‘fircykiem’, bądź podobnymi epitetami, ale nie zmienia to faktu, że uważam go za drugiego najlepszego piłkarza globu, który podobnie jak Messi po zakończeniu kariery zapisze się na kartach historii futbolu złotymi zgłoskami.

Porównania, porównania… Ewidentnie jest to zmora Messiego. Raz jest porównywany ze wspomnianym Cristiano, by innym razem zostać zestawionym z Maradoną. Tu nie zdobył tylu bramek, tutaj nie wygrał Mistrzostw Świata… W historii futbolu było wielu zawodników, którzy nie wygrali absolutnie nic znaczącego na poziomie drużynowym, lecz mimo to stawiani są w jednym rzędzie z największymi, pokroju Pelego czy Di Stefano. Jako przykład warto przytoczyć cytat z autobiografii Diego Maradony, konkretnie z fragmentu o najlepszych jego zdaniem piłkarzach, których dane mu było zobaczyć:

“(…) Roberto Rivelino: Zawsze mówię o nim jako o jednym z największych i wszyscy się dziwią. Nie wiem dlaczego… Kiedy wchodził na boisko, razem z nim wchodziła elegancja i buntowniczość. Rzeczy, jakie mi o nim opowiadają, są nieprawdopodobne. I buntował się też przeciwko największym. Zakochałem się w nim jako piłkarzu, uwiódł mnie też jako człowiek. (…)”

Zawistni mogliby w tym momencie zerknąć w życiorys Rivelino i stwierdzić: co to za zawodnik, poza zdobyciem Mistrzostwa Świata z Brazylią w 1970 roku nie ma tam nic wielkiego. To prawda, ale z relacji naocznych świadków jednoznacznie wynika, że był zawodnikiem wielkim, gdy pojawiał się na placu gry, robił rzeczy nieprawdopodobne. Tak samo jest w przypadku Messiego, Cristiano, Iniesty, Zlatana… Długo by wymieniać.

Diego Maradona

Niestety, niektórym oprócz umiejętności potrzebny jest jeszcze papierek na nie. Inaczej się nie liczy. A dla mnie, jako fanatyka futbolu w najczystszej postaci, czy to w wydaniu mundialowym, czy ligi hiszpańskiej, czy wreszcie naszej topornej Ekstraklasy, marzy się jedno: szanujmy piłkarzy za to, że na naszych oczach tworzą historię. Bo choć w ostatecznym rozrachunku to zwycięzcy poszczególnych trofeów są pamiętani, bez niektórych zawodników futbol nie byłby tą samą grą. Mimo, że “nic” nie wygrali. Ot, taki paradoks. Dlatego zamiast krzyczeć, że Messi wygrał swą nagrodę niezasłużenie, doceńmy fakt, że żyjemy w czasach, w których dane nam było oglądać tak znakomitego zawodnika na żywo. Tak, jak Maradona docenił Rivelino. 

 

 

UltraSpain, czyli: czy w Madrycie istnieje “Żyleta”?

Obrazek

Gdy mówimy o La Liga, zwykle na myśli mamy wspaniałe zagrania piłkarzy, posunięcia taktyczne trenerów, czy też błędy popełniane przez arbitrów.  Tymczasem w całym tym zamieszaniu zbyt często umyka nam niesamowicie ważny aspekt każdego widowiska sportowego – kibice. Bez ich pasji i portfeli, ogromny biznes, jakim jest dzisiejsza piłka nożna z pewnością ległby w gruzach.

Należy jednak odróżnić kibica z kubkiem coli i torebką orzeszków w ręku od fanatyka pełną gębą, który od popcornu woli konfetti, a zamiast kawałka pizzy w dłoni woli dzierżyć płonącą racę. Nie ma co ukrywać – pod względem tematyki ultras Hiszpania nie należy do światowej czołówki. Rzadko słyszymy o przypadkach tak skrajnych, jak w przypadku Polski, gdzie kibic jednej drużyny z zimną krwią może zasztyletować sympatyka innej. Najgłośniejszym przypadkiem tego typu możemy chyba uznać niedawne starcia kibiców Śląska Wrocław z fanami Sevilli, choć nie do końca wiadomo, czy  sprawa została przedstawiona przez media wystarczająco obiektywnie, by móc ocenić, kto tak naprawdę w niej zawinił. Jednak kibolskie wybryki to jedno, zaś faktyczny doping i oprawy meczowe – drugie. To, co nierzadko dodaje kolorytu szarej, polskiej piłce, do ligi hiszpańskiej może być jedynie przyjemnym dla oka dodatkiem. Najbardziej fanatyczni kibice, najgłośniejszy doping, konflikty i “sztamy” kibicowskie – jak to wszystko przedstawia się w rzekomo zdominowanej przez najbogatszych La Liga?

Jeżeli można od czegoś zacząć – a zawsze trzeba – to przede wszystkim od tego, że w Hiszpanii kibicować można dosłownie każdemu. Od regionalnej drużyny, występującej w Segunda B, przez średniaków Ligi Adelante, na Realu Madryt skończywszy. Prywatnie, sympatie kibicowskie to rzecz, która – delikatnie ujmując – mało kogo obchodzi, może poza pewnymi wręcz naturalnymi sprzecznościami, pokroju sympatyzowania z Betisem i Sevillą równocześnie. Kolejną kwestią jest wymuszona dwubiegunowość poglądów. Choćbyś z całych sił próbował zachować wszelką neutralność i kibicować na przykład Badalonie (18 drużyna 3. grupy Segunda Division B), gdy nadchodzi czas El Clasico, zawsze musisz opowiedzieć się za którąś ze stron. Real albo Barca – nie ma zmiłuj.

Obrazek

Jednak teren prywatny zawsze musi się gdzieś skończyć. Pojawia się za to fanatyzm, noszenie barw, deklaracja bycia socio, chodzenie na każdy mecz ukochanej drużyny. Choćbyśmy nie wiem jak próbowali mydlić sobie oczy – w lidze hiszpańskiej sytuacja na trybunach nie maluje się w różowych barwach. Marnie bywa z frekwencją, czego jedną z przyczyn z pewnością jest nieustający kryzys ekonomiczny. W przypadku Barcelony, Realu czy nawet Atletico, tragedii nie ma – zawsze przecież są turyści, a i metropolie w których owe kluby funkcjonują przyciągają wystarczającą ilość fanów, aby pod koniec roku przychody z biletów stały na odpowiednio wysokim poziomie. Co jednak powiedzieć mają w Vigo czy Elche? Tu właśnie pojawia się słowo klucz – ultras. Pasja, pasión, passió, paixón – słowo to, odmienione w dowolnym języku, w kontekście futbolu może mieć znaczenie tylko i wyłącznie pozytywne. Chyba najbardziej zagorzałych, a już na pewno najgłośniej kibicujących ultrasów znajdziemy na Benito Villamarin w Sewilli. Fani Betisu to pod tym względem ścisła, europejska czołówka. Wspaniały tego dowód można dostrzec po każdej porażce ich drużyny (a w tym sezonie zdarza się to nad wyraz często) – kibice Verdiblancos rozpoznawani są pod hasłem “manque pierda”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza wsparcie dla drużyny bez względu na to, jak wysoko przegrywa. Druga ekipa z Andaluzji, Sevilla, mimo mniejszej liczby fanów pod względem kibicowskim odstawać nie zamierza. Kibice z Sanchez Pizjuan tworzą jeden z najgłośniejszych młynów w Hiszpanii, a oprawy przez nich prezentowane nie odbiegają od wysokich standardów, narzucanych przez ruchy ultras w innych krajach.

Drugi biegun to kibice największych ekip w kraju, choć i pośród nich można doszukiwać się znaczących różnic. Weźmy na przykład Barcelonę. W mojej subiektywnej opinii, mamy tu do czynienia z największym paradoksem kibicowskim w dziejach. Oto jedna z najlepszych i najbardziej utytułowanych drużyn świata, prezentująca na boisku absolutnie najwyższy poziom, posiada najbardziej “piknikową” atmosferę na swoim stadionie. Camp Nou to teatr nie tylko w przenośni. Doping wzmaga się tam wyłącznie od święta, a najbardziej spektakularnymi oprawami są kartoniady prezentowane przy okazji meczów z Realem i niektórych spotkań w Lidze Mistrzów. Po części może być to winą polityki klubu, który po incydentach pokroju słynnego “świńskiego łba” i rzekomej zdrady Luisa Figo zdecydował się promować ideę “bezpieczny stadion”, na który zaprasza turystów (szczególnie tych z Azji), rodziny z dziećmi i VIP-ów w garniturach. Ta sama tendencja zdaje się dotykać Santiago Bernabeu, chociaż w Madrycie ruch ultras jeszcze całkowicie nie umarł. Grupy Ultras Sur i Orgullo Vikingo nadal starają się wspierać madrycką jedenastkę gorącym dopingiem, choć nie każdy fan Realu respektuje ich nierzadko radykalnie prawicowe, niekiedy wręcz nazistowskie poglądy.

Obrazek

Właśnie, poglądy. Główna kwestia, decydująca w Hiszpanii o tym, czy ktoś kogoś faktycznie lubi, czy też przeciwnie – najchętniej wybiłby mu zęby i oprawił w ramkę jako zdobycz wojenną. Jeśli jednak u nas grupy ultras są z reguły kojarzone jako te, które sprzyjają prawicy i poglądom skrajnie nacjonalistycznym, tak na Półwyspie Iberyjskim nie ma na to żadnej konkretnej reguły. Główną rolę w tym temacie odgrywa jednak przynależność narodowościowa – kibice klubów z regionów autonomicznych, jak Katalonia czy Kraj Basków, nie są zbytnio szanowani przez tzw. resztę kraju. Ciekawy wyjątek może tu stanowić Espanyol, którego “Brigadas Blanquiazules” jawnie deklarują swą przyjaźń z Madrytem i niechęć do katalońskich niepodległościowców. Z kolei nacjonalistyczna grupa “Boixos Nois”, kibicująca FC Barcelona, trzyma tak zwaną “sztamę” z ekipami baskijskimi – “Pena Mugika” Realu Sociedad i “Indar Gorri” z Pampeluny. Swoich lewicowych poglądów nie kryją kibice z Galicji – na przykład “Celtarras”, ultrasi Celty Vigo lub “Riazor Blues” Deportivo La Coruna, a także fanatycy Sevilli. Hiszpańska lewica kibicowska ma jednak pojedyncze odłamy, które nie kryją swego nacjonalizmu, przez co dochodzi do pewnego rodzaju zakłamania i paradoksu. Pełna takowych jest bordowo-granatowa część Barcelony. Poza wcześniej wspomnianym paradoksem braku dopingu, na pewno dziwić może fakt wewnętrznej nienawiści poszczególnych grup kibicowskich Blaugrany. Radykalni “Boixos Nois” mają bowiem dość napięte stosunki z bardziej pokojowo nastawionymi “Almogavers” i “Sang Cule”. Dochodziło nawet do sytuacji, w których grupy te, ulokowane w różnych częściach stadionu, zaczęły się wzajemnie obrzucać wyzwiskami. Koniec końców, grupy mniej radykalnych szalikowców zostały wręcz przepędzone ze stadionu i dziś prowadzą swój doping głównie podczas meczów innych sekcji FC Barcelona. Z pozytywnie nietypowym zjawiskiem możemy się zaś spotkać w Madrycie – bo o ile w miarę oczywista jest “kosa” pomiędzy Realem i Atletico, o tyle kluby z przedmieść – Getafe i Rayo – pozostają w całkiem dobrych stosunkach z Królewskimi. Najlepszym przykładem na to może być fakt, że prezydent Getafe, Angel Torres, jest zarejestrowanym socio Realu, a Rayo Vallecano swego czasu  otrzymało pomoc w kwestiach finansowych od władz Realu Madryt.

Gwoli podsumowania należy napomknąć, że listę jakichkolwiek “sztam” i “kos” kibicowskich w Hiszpanii traktować należy z dość mocnym przymrużeniem oka. Ruch ultras nie przejawia się tam jako grupa, która “skraja” barwy, wyzywa przeciwników i przychodzi na stadion głównie po to, by narozrabiać. Nie oszukujmy się, w Hiszpanii raczej rzadko spotykanym obrazkiem są popularne do niedawna w Polsce “ustawki” kiboli, a już do ekstremalnych “wyczynów” pokroju rzucania kamieniami w fanatyków przeciwnej drużyny nie ma wręcz prawa dojść. Inna mentalność, kultura, także inaczej skonstruowane prawo… No i poziom piłkarski. Zdarzyło mi się spotkać z opinią, że im niższy poziom piłkarski drużyn, tym większy fanatyzm pośród kibiców. Patrząc na nasze krajowe podwórko, być może jest w tym odrobina racji. Osobiście jednak, jako bywalec stołecznej “Żylety”, nie dokonałbym wymiany z La Liga na linii kibice-piłkarze. Aczkolwiek odmienność należy szanować, a ta rodem z Hiszpanii z pewnością zasługuje na miano godnej uwagi.

źródła: http://mlawianka.vgh.pl/readarticle.php?article_id=72 http://dwunasty.wp.pl/title,Hiszpania-szykuje-sie-rewolucja-w-Barcelonie-i-Realu,wid,14263209,aktualnosc.html http://realbetis.pl/dzial/Manque-Pierda http://cules.pl/topics5/zgody-i-kosy-vt454.htm http://footbar.pl/okiem-kibola-ultra-extreme-fanatical-atmosphere/

Liga de dos? Seguro? – słówko o Atletico Madryt

villavsbetisduze

Choć w Polsce wielu ich nie jest (aczkolwiek z każdym dniem przybywa), fani Atletico Madryt mogą równocześnie skakać z radości i przecierać oczy ze zdumienia. Oto ich drużyna niezmordowanie, niczym wytrawny myśliwy kolekcjonuje pogłowie rywali, idąc łeb w łeb z największymi drużynami La Liga – Realem i Barceloną. Chwila, chwila, na pewno największymi? Przecież podopieczni Cholo Simeone w niczym owym gigantom nie ustępują. Tak jak oni, potrafi zmasakrować rywala pięcioma bramkami, tak jak oni potrafi też zaliczyć wpadkę w meczu z ekipą z dolnej części tabeli.

Już rok temu głosy zachwytu nad Rojiblancos były dosyć głośne. Pogromcy Chelsea z finału Superpucharu Europy w 2012 roku duopol Madrycko-Barceloński zaczęli bowiem przełamywać jeszcze w sezonie 2012/13. Choć szło im to nieco bardziej opornie niż dziś, to praca Argentyńskiego trenera Atleti zaczęła być coraz bardziej doceniana. Mimo to, ktoś, kto niezbyt uważnie śledził rozgrywki Ligi BBVA od kilku lat, spytany o Atletico Madryt odpowiedziałby: “no fajna, fajna drużyna, groźny rywal dla Barcy i Realu. Walka o mistrzostwo? Wolne żarty…”. Tymczasem opisywana drużyna przed wpadnięciem w ręce Simeone zajmowała na koniec sezonu miejsca godne ligowego średniaka: w sezonie 2010/11 było to siódme miejsce, 2009/10 – dziewiąte, sezon wcześniej – czwarta pozycja. Można by powiedzieć, że Rojiblancos zaliczali powolny, choć regularny zjazd w dół. Nie powinno być odwrotnie? Mając w drużynie tak klasowych piłkarzy jak Kun Aguero, Diego Forlan czy Jose Antonio Reyes w formie, drużyna z Calderon wydawała się być naturalnym kandydatem do zostania trzecią siłą La Liga. Szkopuł w tym, że był to okres, kiedy nie tylko Atletico miało całkiem silną kadrę. Valencia z Juanem Matą i Joaquinem, wcześniej wspieranymi przez Davida Villę i Silvę, dalej Sevilla z Luisem Fabiano, Frederikiem Kanoute i dobrze rokującym wówczas Jesusem Navasem, całkiem niezły skład posiadał też Villareal, z którego notabene przybył wyróżniający się dziś w Atletico urugwajski środkowy obrońca, niejaki Diego Godin. Nie oszukujmy się, La Liga sprzed trzech-czterech lat to liga zdecydowanie bardziej konkurencyjna od dzisiejszej, nawet jeśli pod uwagę weźmiemy bajeczną drużynę, jaką dysponował w tym czasie Pep Guardiola oraz słabszy moment Realu Madryt i jego nieudany eksperyment z Juande Ramosem.

Zacznijmy jednak tam, gdzie z reguły wszystko się zaczyna – od początku. Droga Simeone do zostania trenerem jednej z najlepszej drużyn Starego Kontynentu nie była aż tak długa i wyboista, jak niektóre legendy obecnych trenerów, aczkolwiek nie miała w sobie również nic ze spektakularności. Bo choć sukcesy w Argentynie, takie jak zdobycie tytułu Apertura z Estudiantes La Plata czy wygranie Clausura w 2008 roku z River Plate są warte docenienia, to możliwym splendorem nie dorównają nawet tytułowi mistrzowskiemu ligi francuskiej. I nie jest to kwestia umniejszania jakiemukolwiek sukcesowi poza Europą, to po prostu suche fakty. Gdy Tata Martino przychodził do Barcy, też wielu “znawców” mówiło, że jest za słabym trenerem, a przecież wcześniej przez kilka lat z sukcesami pracował on w Paragwaju, zdobywając czterokrotnie tytuł mistrzowski tamtejszej ligi. Tak już jest w dzisiejszym futbolu, że jeśli chcesz być szanowany i uważany za dobrego szkoleniowca, musisz pracować w klubie europejskim. Taką też drogę obrał Simeone – po pełnym niepowodzeń okresie w San Lorenzo w latach 2009-2010, już w kolejnym roku 2011 popularny Cholo objął Catanię z zadaniem utrzymania się w lidze włoskiej. Słowa dotrzymał, jednak ze względu na swe “międzynarodowe ambicje” nie zamierzał przedłużać kontraktu z sycylijskim klubem i wrócił do Argentyny, do klubu w którym zakończył kilka lat wcześniej swoją karierę – Racingu Avellanda. Wkrótce potem, w grudniu 2011 roku zastąpił na stanowisku szkoleniowca Atletico Madryt Gregorio Manzano. W chwili zatrudniania Simeone sytuacja Atleti wyglądała co najmniej dramatycznie – klub, który w składzie miał jeszcze Kuna Aguero i Diego Forlana, na bramce solidnego Davida De Gea, poza nimi również tak uznane firmy jak Paulo Assuncao i Jose Antonio Reyes, zajmował 10 miejsce w tabeli Primera Division, z zaledwie czterema punktami przewagi nad strefą spadkową. Czarę goryczy przelał fakt, że w 1/8 finału Copa del Rey Atletico odpadło po dwóch porażkach – 1:2 i 0:1 – trzecioligowemu Albacete. Słowem – obraz nędzy i rozpaczy.

I oto jesteśmy dziś, sezon 2013/14. Vicente Calderon, 23 listopada, mecz ligowy z Getafe. 70 minuta, dośrodkowanie z prawej strony, piłka miękko opada w pole karne, tam jest już Diego Costa, który w ekwilibrystyczny sposób składa się do przewrotki i posyła piłkę w górny róg bramki. Ktoś, kto nie widział wcześniejszych popisów tego gracza, spytałby: to ten sam Costa, który na wypożyczeniach w Vigo, Albacete i Vallecas zdobył łącznie 25 bramek? Tak jest, drogi “niedzielny kibicu”, nie mylisz się. Rozwój Brazylijczyka za kadencji Simeone to kolejna kwestia, której nie sposób pominąć, kiedy mowa o Atletico jako drugiej sile La Liga. Jedno słowo, by określić Diego Costę? Czołg. Maszyna. Ale nie ta perfekcyjna, o której mowa w przypadku Cristiano Ronaldo, raczej taka, która nie ma względu na swoich przeciwników, która zaprogramowana na kolejny cel, osiąga go bez mrugnięcia okiem. Takim właśnie napastnikiem stał się po 1,5 roku pracy z Simeone Diego Costa. Po odejściu Radamela Falcao wszyscy widzieli Atletico w strefie spadkowej, tymczasem Rojiblancos uzyskali nieco młodszy i lepiej zbudowany fizycznie model piłkarza, który kolejnymi bramkami (na dziś jest to 19 goli w La Liga po 20 kolejkach) zapewnia im kolejne punkty, by móc deptać po piętach futbolowym krezusom z Katalonii i za swoimi plecami pozostawić jeszcze do niedawna niedoścignionego lokalnego rywala. Czysty majstersztyk.

Łatwo jednak mówić o pojedynczym wybryku, jakim jest rozwój konkretnego piłkarza pod opieką danego szkoleniowca. Jednak pod wodzą Cholo tych piłkarzy w Atletico znajdziemy całe multum! Oto kadra Atleti na derby Madrytu sprzed kadencji Simeone:

Bramkarze: De Gea i Robles;
Obrońcy: Ujfaluši, Valera, Godín, Álvaro Domínguez, Antonio López i Filipe Luís;
Pomocnicy: Reyes, Assunção, Elías, Juanfran, Mario Suárez, Raúl García, Koke i Mérida;
Napastnicy: Forlán, Diego Costa i Agüero.

Aż siedmiu graczy spośród 19-osobowej kadry to dzisiejsze filary drużyny Argentyńczyka. Dość napisać, że Juanfran, Godin i Filipe Luis to trzy z czterech kluczowych ogniw w żelaznym łańcuchu, perfekcyjnie się zazębiającym, który broni dostępu do bramki Atletico niczym fortecy. I czyni to niebywale skutecznie. Po dwudziestu kolejkach Atletico Madryt może pochwalić się najmniejszą liczbą bramek straconych w La Liga – Thibaut Courtois wyciągał piłkę z siatki jedynie 12 razy. Jeśli o żelazie mowa… Żelazną zasadą Simeone jest właśnie organizacja drużyny od tyłu. Hołduje on zasadzie wiernie stosowanej przez wielu trenerów – przede wszystkim nie dopuścić do straty gola. Sam przyznawał w wielu wywiadach: “Im lepiej gramy w defensywie, tym mamy większe szanse na zwycięstwo. Dobra gra w obronie to podstawa”. Gdy do tego dojdzie jeszcze dobra gra w ataku, można stwierdzić, że drużyna jest gotowa. Najlepszym dowodem, że owa teoria w Atletico znajduje swe odzwierciedlenie, jest awans tej drużyny z pierwszego miejsca grupy G w Champions League. 15 zdobytych bramek, 3 stracone, 5 zwycięstw, 1 remis, na koncie 16 punktów – ten bilans poprawić można jedynie wygrywając wszystkie możliwe spotkania. A przypominam, że mówimy o zespole, który jeszcze dwa lata temu zajmował siódme miejsce w swojej lidze. Czapki z głów, señor Simeone!

Atletico_Madrid_Sign_Diego_Simeone_as_Coach_bb

Argentyńczyk nie posiadł jednak żadnej magicznej różdżki, którą z dnia na dzień odmieniłby grę swoich podopiecznych. Wielu zastanawia się, jakim cudem były zawodnik, który na boisku nigdy nie słynął z przesadnej wirtuozerii, zaś warsztatem trenerskim z pewnością (przynajmniej w teorii) ustępował takim tuzom jak Guardiola, Mourinho, Heynckes czy nawet Klopp, wyciągnął absolutne maksimum możliwości z prowadzonego przez siebie Atleti. Odpowiedź jest prosta, a jest nią niebywały perfekcjonizm Cholo. Swojej robocie poświęca się całym sobą, cały czas pracuje nad nowinkami taktycznymi, treningowymi. Jako, że sam bardzo dba o formę i zdrowe odżywianie, wymaga tego również od swoich piłkarzy. Ktoś powie: wiadomo, że muszą się zdrowo odżywiać, przecież to profesjonaliści! Niby racja, ale czy nie głośno było swego czasu o Leo Messim, który dopiero po przyjściu Pepa Guardioli do Barcy odstawił na bok swe ulubione przekąski i słodycze, które dotychczas wręcz ubóstwiał. Minął rok i Messi zdobył Złotą Piłkę, której nie oddał aż do tego roku. Cytując pewien internetowy tekst: przypadek? Nie sądzę.

Mentalność profesjonalisty to jedno, natomiast skromność i zdrowy rozsądek to kolejne bardzo ważne kwestie. Przy budowaniu taktyki swego zespołu Simeone odrzucił z góry założenie, że chce zrobić z nich najlepszą drużynę pod każdym aspektem gry w piłkę. Posiadając dobre rozeznanie w potencjale, jaki drzemie w jego podopiecznych, jak również znając ich naturalne ograniczenia, świetnie dostosował styl gry do konkretnych zawodników na odpowiednich pozycjach. Tak więc idąc od bramki można zauważyć, że Thibaut Courtois nigdy nie był i zapewne długo nie będzie wirtuozem pod względem gry nogami, tak ważnej we współczesnym futbolu. Mając tego pełną świadomość, Cholo nie nakazuje mu rozgrywać piłki z obrońcami, jak często ma to miejsce w Barcelonie. Nie powstrzymuje zarówno bramkarza, jak i obrońców od posłania długiej piłki na połowę rywala, zwalniając w ten sposób zespół z rozgrywania ataku pozycyjnego, którego – nie ma co ukrywać – podopieczni Simeone nie lubią i nie do końca umieją stosować. Można by powiedzieć: pragmatyzm przede wszystkim.

Ucząc się taktyki od Argentyńczyka, piłkarze Rojiblancos nie omieszkali również przejąć od swego pryncypała pewnych cech charakteru. Najprościej tę zależność można by opisać “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. W drużynie Cholo jednostka nie ma prawa przypisać sobie splendoru za zwycięstwa. Wszelkie pochwały, przynajmniej według Simeone, powinny iść na konto całej drużyny. Wygrywamy jako kolektyw. Dlatego też w ekipie Atleti próżno szukać rozkapryszonych gwiazd albo dopatrywać się sytuacji, w której dwóch piłkarzy bije się o wykonanie rzutu wolnego bądź karnego. Wszystko opiera się na bardzo zdroworozsądkowych regułach, które – patrząc na dzisiejszy stan rzeczy – mogą zaprowadzić ekipę argentyńskiego szkoleniowca na sam szczyt futbolowego Olimpu.

Żeby jednak nie było tak cukierkowo i wspaniale, do ogródka Atletico trzeba też wrzucić jeden kamyczek. Choć podopieczni Cholo grają futbol do bólu skuteczny i całkiem efektowny, to czasem zwyczajnie wyłącza im się myślenie. Bo jak inaczej tłumaczyć kopanie przeciwników po kostkach bez większego powodu? Po angielsku taki rodzaj gry nazwany zostałby “dirty football”. Gdy nie układa im się mecz, piłkarze Atleti robią wszystko, by uprzykrzyć rywalom życie na boisku. Delikatne kopniaki już po gwizdku sędziego, uderzenia pod żebra “z łokcia” podczas przepychanek w polu karnym, złośliwe faule, zakłócające płynność gry… Mam oczywiście świadomość, że Atletico nie jest pierwszą drużyną, która stosuje takie zagrywki, jednak w pewnych momentach cała ta “gra fauli” zaczyna przypominać żałosny teatrzyk. Pomijając to, jak często sędziowie dają nabierać się na symulowanie fauli w La Liga, takie zachowanie wiceliderom hiszpańskich rozgrywek zwyczajnie nie przystoi. Każdy ma jednak swoją drogę do sukcesu i jeśli ta obrana przez Atleti, razem ze wspomnianymi “brudnymi zagrywkami”, doprowadzi podopiecznych Diego Simeone na szczyt, niczego nie będzie można im zarzucić.

Inną sprawą, która hamuje nieco euforię, wywołaną wspaniałymi wynikami drużyny, są klubowe finanse. Temat drażliwy we współczesnym futbolu, o czym wielu włodarzy klubów Primera Division zdołało już niejednokrotnie się przekonać. Hiszpański ekonom zajmujący się finansami klubów piłkarskich, Josep Maria Gay de Liébana, we wrześniu ubiegłego roku zaprezentował dane, wedle których klub z Calderon miałby być zadłużony aż na 538 milionów euro, co stawiałoby go na drugim miejscu w tym mało chlubnym rankingu. Większym zadłużeniem, o dziwo, pochwalić mógł się jedynie Real Madryt – 589 milionów eurowaluty. Sam dług można jednak zredukować, zwiększając przychody. I o ile tak globalna marka jak Los Blancos może sobie na to pozwolić, sprzedając tony koszulek Cristiano Ronaldo i Garetha Bale’a oraz przeprowadzając ekspansję na rynek azjatycki, tak druga ekipa z Madrytu pod tym względem prezentuje się co najmniej słabo, biorąc pod uwagę potencjał sportowy klubu. W sezonie 2012/13 przychody Atletico wyniosły 107 milionów euro, 13 mniej w stosunku do rekordowego sezonu 2011/12. Dla porównania, w minionym sezonie tonąca w długach Valencia zanotowała przychód w wysokości 121 milionów, jednak wynik ten nie różnił się znacząco od tych sprzed kilku lat. Przy tak postawionej sprawie podopieczni Simeone zobowiązani są kontynuować dobrą grę i osiągać pozytywne rezultaty. Jeśli bowiem tego zabraknie, a z klubu (nie daj Boże) wycofa się któryś ze sponsorów, ekipę z Calderon czeka co najmniej nieciekawa przyszłość.

MMD_191263_liga_de_dos

Poza bolączkami finansowymi na Vicente Calderon nie mają jednak wielu powodów do zmartwień. Ich drużyna plasuje się na drugim miejscu w La Liga, ustępując liderującej Barcelonie jedynie gorszym bilansem bramkowym. W 1/8 finału Ligi Mistrzów czeka ich pojedynek z groźnym już tylko z nazwy AC Milan. Wbrew pozorom, to właśnie Atletico może być faworytem tego spotkania. Jakby sukcesów drużynowych było mało, na dokładkę pozostają jeszcze wysokie miejsca zawodników Rojiblancos w tabelach osiągnięć indywidualnych –  19 goli Diego Costy (2. miejsce w tabeli strzelców za Cristiano Ronaldo), 8 asyst Koke (3 wynik w lidze, ex-aequo z Neymarem), średnio 0,6 gola straconego/mecz Thibaut Courtois (lider w wyścigu o Trofeo Zamora) – trzeba przyznać, że umniejszanie tak znakomitych statystyk byłoby kompletnym nietaktem.

Takie jednak jest Atletico trenera Simeone – dewiza “drużyna przede wszystkim” jest tu znakomicie wszystkim znana i respektowana przez każdego zawodnika. Patrząc na to, co przez nieco ponad dwa lata pracy w klubie z Madrytu osiągnął Argentyńczyk, na usta ciśnie się jedyne możliwe słowo: “szacunek”. Biorąc pod uwagę jak młodym szkoleniowcem jest 44-letni Diego, możemy tylko spekulować, jak wysoko zajdzie on w tym fachu. Już dziś trener Atleti mógłby przebierać w ofertach krezusów z Premier League bądź innej bogatej ligi, jeśli zwolniłoby się stanowisko pierwszego szkoleniowca w jakimkolwiek klubie z czołówki. Bądźmy jednak rozsądni – gdzie Simeone będzie miał lepiej? W Madrycie jest uwielbiany przez czerwono-białą część miasta niczym bóstwo, jego piłkarze skoczyliby za nim w ogień, a sam Cholo nie ukrywa, że zżył się z klubem zbyt mocno, by skusić się na bajońskie sumy, zaoferowane przez któregokolwiek z europejskich krezusów. W takiej sytuacji fanom konkurencyjności La Liga pozostaje tylko modlić się, by taki stan rzeczy przetrwał jak najdłużej. Co by o Atletico nie mówić, pozytywnie bądź negatywnie, jego potęga na rękę jest wszelkim przeciwnikom dotychczasowego duopolu w Primera Division, zwanego przez wielu “liga de dos”. Ja również zaliczam się do owego grona. Zdaję sobie bowiem sprawę, że na takim układzie każdy rywal Rojiblancos może tylko skorzystać.

Ballon d’Or – o nagrodach indywidualnych słów kilka

Cristiano_Calma

Dość “popkulturowo” się robi na moim blogu. Ostatnio reprezentacja, dziś Złota Piłka i CR7… Spokojnie jednak, w tzw. mainstream tematyczny nie zamierzam uderzać. Jednakże jako fana Barcy – nie ukrywam – Cristiano Ronaldo drażni mnie aż do bólu. Nigdy nie byłem przesadnym fanem stylu gry i stylu bycia Portugalczyka. Równocześnie umiem docenić jego talent i obecnie stwierdzam, że… jest drugim najlepszym piłkarzem na planecie Ziemia. Czemu nie naj, naj, najlepszym? Odpowiedź od fana Blaugrany może być tylko jedna i pozbawiona jakiejkolwiek wartości merytorycznej – Leo Messi. “Dobry chłopiec”, jak zwykł mawiać Sepp Blatter. Pojedynek CR-a i filigranowego Argentyńczyka to dziś przedmiot do tysiąca dyskusji futbolowych ekspertów i laików. Moją uwagę zwraca jednak nie tyle wartość piłkarska poszczególnych graczy, co tegoroczna kampania pod tytułem “Złota Piłka 2013 dla Cristiano”. Bo to, że niekoniecznie się z tym zgadzam jest jedną sprawą. Inną natomiast są totalnie niejasne dla mnie kryteria wyboru zawodnika i szeroko pojęte znaczenie tej nagrody w świecie mediów. Czy media nie zaczęły przejmować w pewien sposób roli “ust piłkarzy”, spychając zarazem w cień to, co powinno być najważniejsze – dokonania boiskowe?

Kilka dni temu dotarła do mnie przedziwna informacja. Otóż w Madrycie przed środowym meczem Ligi Mistrzów przygotowywana jest akcja, w ramach której około 40 tysięcy osób na Santiago Bernabeu będzie nosić na twarzy maskę z podobizną Cristiano Ronaldo. Wszystko to w ramach wspomnianej na wstępie kampanii, wedle której założeń “El Comandante”, jak coraz częściej nazywany jest popularny Portugalczyk, zasłużył w tym roku na nagrodę przyznawaną przez FIFA i magazyn “France Football”. Czy tak jest – to kwestia bardzo indywidualna. W mojej opinii po części tak, po części kompletnie się z tą opinią nie zgadzam. Argumentami za przyznaniem Złotej Piłki CR7 mogą być jego bajeczna gra i niezrównane rekordy strzeleckie, bite w poprzedniej, jak i obecnej edycji rozgrywek La Liga i Champions League. Spójrzmy jednak na trofea – czy poza byciem najlepszym strzelcem Ligi Mistrzów Cristiano zdobył jakiekolwiek wyróżnienie drużynowe bądź indywidualne? Pobił również swe własne rekordy asyst, strzelonych bramek, prawdopodobnie również ilości zaprezentowanych fryzur… Nie, to ostatnie było wybitnie złośliwe. Przepraszam. Ale nieco na wyrost wydaje mi się koronowanie Ronaldo na najlepszego piłkarza świata. Wcale nie z powodu osiągnięć. Otóż moim zdaniem Złota Piłka powinna być wyróżnieniem za walory czysto piłkarskie – kto ma celniejszy strzał, kto lepiej drybluje, kto potrafi wykonać celny przerzut (o, właśnie dlatego nikt z Ekstraklasy w najbliższym czasie nie może pretendować do tego tytułu!). Wielu wykrzyknie: jak to?! Mamy odrzucić na bok wszelkie dywagacje, kto więcej wydaje na fryzjera, kto oddaje więcej euro na cele charytatywne, kto wydaje się być mniejszym “bufonem” na boisku? Tak, dokładnie, takie rozwiązanie proponuję. Przestańmy patrzeć na rekordy strzeleckie, choć te ładnie wyglądają w statystykach i na youtube’owych filmikach. Przestańmy mówić, że liczy się wpływ na dokonania drużyny. Przynajmniej tak mówi mi racjonalna analiza zbitki słów: najlepszy piłkarz świata.

ESP, Lionel Messi exklusiv

Sęk w tym, że racjonalizm nie ma tu wiele do gadania. Przecież Fabio Cannavaro z pewnością nie opanował do perfekcji sztuki dryblingu, a Andrij Szewczenko nie potrafił doskonale ustawić się w obronie. Jednak obydwaj zdołali, odpowiednio w 2006 i 2004 roku sięgnąć po najważniejsze trofeum indywidualne w piłce nożnej. Od pięciu lat mamy jednak w piłce trend promujący graczy ofensywnych, szczególnie pod względem nagród indywidualnych. Dość głęboko, bo właśnie do czasów Cannavaro, muszę sięgać pamięcią aby znaleźć piłkarza defensywnego, na którego zwrócone były oczy całego świata. Dziś w PSG furorę robi prawdopodobnie najlepszy środkowy defensor świata, Thiago Silva, jednak czy ktokolwiek wymienia go w kontekście faworytów do Balon d’Or? Owszem znajduje się on na liście, ale o wygraniu przez niego plebiscytu nie ma mowy. Nie w świecie zdominowanym przez dwójkę CR7-Lionel Messi. Miałem trzymać się z dala od dywagacji na temat dominacji tych zawodników, ale nie ma na to rady. To nie piłkarze, to cyborgi. Łatwość, z jaką zdobywają gole przypomina graczy z lat 20. i 30. XX wieku, kiedy rekordy strzeleckie bili gracze pokroju Leonidasa, Ernesta Wilimowskiego czy Paulino Alcantary. Przez ten fakt nagroda Złotej Piłki to kwestia rywalizacji jedynie tych dwóch piłkarzy. Nawet pomimo hucznych zapowiedzi Ribery’ego “To ja powinienem dostać Złotą Piłkę” lub buńczucznych deklaracji Zlatana “Mundial potrzebuje mnie bardziej niż Cristiano”.

Fabio Cannavaro (ita) - Remise Ballon d Or France Football -

Właśnie, deklaracje. Na nie trzeba uważać, jeśli faktycznie któryś zawodnik chce poważnie liczyć się w walce o wyróżnienie indywidualne. Aroganckie wypowiedzi są wybitnie niewskazane i w zasadzie z góry przekreślają szanse danego gracza na to trofeum. Nie przeczę, że i mnie irytuje nieco ta wymagana poprawność polityczna, przez którą cierpią gracze charakterni i mający coś do powiedzenia. Doskonałym przykładem na to jest trwająca kilka ostatnich lat polityka promowania Leo Messiego jak “grzecznego chłopca”, przykładu do naśladowania, skromnego, acz utalentowanego piłkarza. Nie chcę być źle zrozumiany – w dalszym ciągu Argentyńczyk jest dla mnie najlepszym futbolistą współczesnych czasów, a może nawet wszech czasów. Jednak ciągłe zagłaskiwanie popularnego Leo doprowadziło do nagłego zdziwienia, gdy sam zainteresowany nagle okazał się być całkiem wygadanym i nie do końca posłusznym wszystkim dookoła człowiekiem. Pomijając wszelkie dywagacje, czy Messi faktycznie ustala skład Barcelony i czy to on doprowadził do sprzedaży Ibrahimovicia przez kataloński klub, trzeba jasno powiedzieć: Messi to nie 20-letni junior, za jakiego był do niedawna uważany. To dorosły, 25-letni facet, mąż i ojciec, sportowiec z krwi i kości. Nie można oczekiwać, że nadal będzie szanował cały świat i wszystkich dookoła. W końcu sam został przez ten sam świat uznany za najlepszego 4 razy z rzędu. Takich nagród nie dostaje się z przypadku.

Odrzucając na bok wszelkie dywagacje, Złotą Piłkę powinien dostać ktoś, kto w rzeczywistości na nią zasługuje osiągnięciami piłkarskimi i drużynowymi. Ktoś, komu niepotrzebne są wielkie kampanie medialne i szum dookoła. Nie wskazuję konkretnej osoby palcem. Liczę na rzetelność wyborców. Na szczęście nie doszło jeszcze do sytuacji, w której Internet wybrałby najlepszego muzyka, piłkarza, aktora. Zawsze robią to ludzie kompetentni w swoim fachu. Wierzę, że tak jak dotychczas wybiorą sprawiedliwie. Choć wydawać by się mogło, że wybór jest oczywisty, to nie bądźmy zaskoczeni, gdy nagrodę FIFA i France Football otrzyma ktoś zupełnie nieoczekiwany. Bo taki właśnie jest futbol – nieprzewidywalny. Zmienić tego nie jest w stanie nawet milion masek z podobizną konkretnego protagonisty ani hashtagi na Twitterze.

Daniel Olbryś