Otoño Sevillano – wrzesień

Wkrótce minie drugi miesiąc mojego pobytu w Sewilli, a ja ledwo co zabieram się za tworzenie pierwszego postu opisującego tę przygodę. No cóż, od czegoś trzeba zacząć…

W Hiszpanii jestem nie pierwszy raz – wcześniej zdarzało mi się tu przyjeżdżać kilkukrotnie, czy to na wakacje, czy to na wakacyjne kursy językowe. I tak w sierpniu 2014 roku byłem w Walencji, zaś rok później zawitałem w Cartagenie, w obydwu przypadkach znacząco poprawiając swój poziom języka hiszpańskiego, w obydwu przypadkach poznając mnóstwo ludzi i w obydwu przypadkach myśląc o możliwym powrocie na dłużej.

Okazja trafiła się dość szybko, i to od razu “a lo grande”, czyli “z przytupem”: roczny Erasmus w Sewilli to marzenie niejednej osoby totalnie z Hiszpanią niezwiązanej, a co dopiero studenta filologii.

A więc jestem – po szybkim locie z Warszawy do Malagi i przejeździe autobusem do Sewilli dotarłem na miejsce. Już w drodze czekała mnie miła niespodzianka – obok mnie usiadła pani około 60-65 lat, która spytała skąd jestem, co tu robię, w jakim celu jadę… Uprzejmie odpowiedziałem, a ona, zachwycona moim poziomem języka, nie omieszkała kontynuować rozmowy przez kolejne trzy godziny drogi. W międzyczasie zdążyła pochwalić mi się, że mieszka na przedmieściach Sevilli, jej mąż jest taksówkarzem, sama tańczy flamenco w rodzinnym zespole (i zaprasza mnie na spektakl), posiada kilka córek, które wyszły m.in. za Włocha czy Francuza, więc jej wnuki to dość międzynarodowe towarzystwo. Zdążyła mnie połączyć ze swoim 40-letnim synem, który jest pasjonatem historii II wojny światowej i opowiedział mi więcej o Powstaniu Warszawskim, niż zdołałem usłyszeć na jakiejkolwiek lekcji historii. Po przyjeździe na miejsce byłem nieco zmartwiony, bo niezbyt uśmiechała mi się perspektywa jazdy komunikacją miejską z ciężkimi walizkami. Na szczęście po Paqui (bo tak miała na imię owa pani) na dworzec wyjechał jej mąż i została mi zaoferowana tzw. podwózka. Tak więc jeszcze tego samego dnia byłem w swoim mieszkaniu, które znalazł dla mnie mój współlokator, nieoceniony Krzysiek, również z Polski (student PRAWA, podkreślam, PRAWA na UW).

Moi współlokatorzy to ciekawa bajka. Z Krzyśkiem dogadujemy się jakbyśmy znali się nie trzy tygodnie, a co najmniej trzy lata, natomiast pozostałe dziewczyny z Meksyku i z Niemiec… No cóż, delikatnie mówiąc, nie za bardzo przykładają się do tego, by budować erasmusowo-pozytywną atmosferę w mieszkaniu. Nawet mimo naszych usilnych starań, by jak najczęściej wychodzić gdzieś razem, by od czasu do czasu ugotować coś dla wszystkich, a nie tylko dla siebie, nasze współlokatorki zamykają się w swoich pokojach i tyle je widać… Cóż, nie każdy jest stworzony do życia w mieszkaniu dzielonym z innymi studentami. Zobaczymy jak rozwinie się temat.

Kwestie papierkowo-organizacyjne załatwiłem zaskakująco szybko. W pierwszy dzień roboczy po przyjeździe poszedłem do Centro Internacional i oddałem wszystkie potrzebne papiery, tym samym rejestrując się bezproblemowo na zajęcia. Wyszedł mi całkiem ciekawy plan, dość luźny, bo mam zaledwie cztery przedmioty, z tym że każdy liczy po trzy zajęcia/tydzień, więc coś jednak trzeba będzie robić. Jednym z niewielu minusów są zajęcia o 8:30 w piątek (no party on thursday ;_;), ale resztę idzie przeżyć. Oczywiście poza rejestracją na zajęcia musiałem zatroszczyć się jeszcze o takie rzeczy jak karta miejska, abonament Sevici (system rowerów miejskich, bliźniaczo podobny do warszawskiego Veturilo), umowa o wynajem mieszkania etc, jednak i to nie sprawiło mi większych problemów.

Można więc zacząć balowanie! A dzieje się tu naprawdę sporo. Od czasu mojego przyjazdu zdążyłem już wyrobić 300% mojej rocznej normy chodzenia do klubów. Owszem, w Warszawie zdarzy się że skoczymy z kolegami do baru, ewentualnie ktoś zaprosi nas na domówkę. Ale tutaj domówka? Hiszpanie żyją przede wszystkim poza domem. Jeśli bar w środku tygodnia zamyka się o pierwszej to rodzina z dziećmi będzie tam siedzieć, pić, jeść i rozmawiać co najmniej do północy. Nawet starsze panie z mojego bloku wolą wystawić sobie leżaki na chodnik i wspólnie komentować rzeczywistość niż siedzieć w domu i oglądać głupoty w TV. Inna kultura, inne obyczaje. Czy gorsze, czy lepsze – pozostawiam to indywidualnej ocenie każdego z was. Wracając jednak do tematu klubów, niestety muzyka w nich pozostawia wiele do życzenia. Najnowsze hity, reggaeton, wszystko w rytmie łup łup łup. Zaczynam tęsknić za rodzimym disco polo…Przed klubem obowiązkowym punktem jest oczywiście botellón, czyli popularne u nas picie w plenerze przyniesionego ze sobą alkoholu, by nie musieć płacić po 10 euro za drinka w klubie. Miejscem tego typu spotkań Erasmusów jest słynna Torre del Oro, czyli Złota Wieża. Można tam poznać mnóstwo osób, pośmiać się, pożartować w ciekawym towarzystwie. Dominują Włosi i Meksykanie, acz nie brakuje też Francuzów, Belgów czy… Polaków.

Na szczęście botellony to nie jedyna okazja do nawiązania nowych znajomości. Multum wydarzeń organizuje również miejscowa ESN, czyli Erasmus Student Network. W pojęciu “wydarzenie” mieszczą się tu zarówno autokarowe wypady na plażę, wycieczki, zwiedzanie miasta, pikniki i cała masa innych “pierdół”, które jednak z punktu widzenia osoby nieobeznanej i nieznającej praktycznie nikogo w nowym mieście mogą okazać się bardzo przydatne.

Publikuję ten post tak mniej więcej z miesięcznym opóźnieniem, acz na początek nie jest źle. Wrzesień był totalnie chaotycznym miesiącem, poznałem multum nowych znajomych, choć chwilami nie docierało jeszcze do mnie, że oto jestem w “tej wymarzonej Hiszpanii” i spędzę tu aż rok. Październikowy post (już wkrótce) będzie o wiele bardziej uporządkowany. Zobaczycie. Tymczasem zostawiam kilka zdjęć z pierwszych dwóch-trzech tygodni pobytu w Sewilli.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: